Olaf Lubaszenko: uniknąłem zaszufladkowania

– Ciągle czekam na tę jedną rolę, która bardzo dobitnie by mnie definiowała jako aktora, z którą by mnie jednoznacznie utożsamiano i mam nadzieję, że jeszcze mi się taka przydarzy – mówi Olaf Lubaszenko, bohater najbliższej „Niedzieli z …(7.08) w TVP Kultura.

Trzynastoletni Olaf Lubaszenko w tytułowej roli w serialu
Trzynastoletni Olaf Lubaszenko w tytułowej roli w serialu "Życie Kamila Kuranta" z 1982 roku (fot.TVP)

Rozmawiamy na planie serialu, więc od serialu zacznę. Zadebiutował Pan w „Życiu Kamila Kuranta”, jako niespełna czternastolatek, a wyglądał Pan na jeszcze mniej. Jakie wspomnienia zachował Pan z okresu, gdy serial był kręcony?

– Przede wszystkim było to strasznie dawno, dobrze ponad trzydzieści lat temu. Dla takiego dzieciaka, jakim byłem wtedy, praca na planie filmowym czy serialowym, to była abrakadabra, wielki ruch przypominający pełen pozornego zamętu. Ale nie czułem się źle czy obco, przeciwnie czułem się bardzo dobrze, bo ekipa realizatorska, reżyser, aktorzy i inni traktowali mnie bardzo serdecznie i opiekuńczo. Mam więc z tego okresu wspomnienia miłe i pełne czułości. Przypomnę, że grałem tytułowego bohatera w fazie dziecięcej jego życia, a w kolejnych odcinkach Krzysztof Pieczyński grał Kamila dorosłego. Myślę, że to był niezły serial obyczajowo-społeczny, pokazujący rzetelny kawałek życia Polski lat trzydziestych. Trochę brakuje mi dziś takich seriali, jak choćby jak inny serial, w którym grałem, niestety niedokończone „Przeprowadzki”.

Ma Pan na swoim koncie ogromny dorobek artystyczny, nie tylko jak na aktora, który jeszcze nie doszedł do pięćdziesiątki. To ponad sześćdziesiąt ról filmowych, ponad trzydzieści ról w Teatrze Telewizji, całkiem pokaźna lista ról serialowych i do tego jedenaście wyreżyserowanych filmów kinowych. Czy to okazja do pierwszego bilansu?

– Myślę, że do pierwszego tak, choć mam nadzieję, że jeszcze nie do końcowego.

Zechciałby Pan wskazać jakieś najważniejsze punkty w Pana dorobku, najważniejsze z różnych względów?

– Sam pan wspomniał, że było tego na tyle dużo, że to dość trudne zadanie. Jeśli chodzi o film, to rolę Ryśka w niezłej „Sonacie marymonckiej” wspominam między innymi dlatego, że powstał w oparciu o legendarną powieść Marka Hłasko. Natomiast bardzo miłe wspomnienia mam z planu „Łuku Erosa”, który nakręcił Jerzy Domaradzki, bardzo kulturalnie zrobionego filmu, ze znakomitymi rolami kobiecymi i kulturalnie pokazaną erotyką. Zagrałem tam młodego, nieśmiałego idealistę, budzącego się do męskiego życia. Natomiast dwie role, które stały się dla mnie trampoliną do lawiny propozycji w latach dziewięćdziesiątych, to rola tytułowa w „Krollu”, debiucie Władka Pasikowskiego i „Młodego” w jego słynnych „Psach”.

Rolę w „Krollu” uważam za moją chyba najważniejszą. Z drugiej strony bardzo ważnym dla mnie jest „Korczak” Andrzeja Wajdy, choć zagrałem tam malutką rólkę tramwajarza. Lubię też rolę Olka Groma w „Piłkarskim pokerze” nie tylko z uwagi na reżysera Janusza Zaorskiego, ale także na bliski mi piłkarski temat. Na pewno ważna jest dla mnie rola Jasia Garbusa w „Pamiętniku znalezionym w garbie” Jana Kidawa-Błońskiego. Ciągle jednak czekam na tę jedną, jedyną rolę filmową, z którą by mnie jednoznacznie utożsamiano i mam nadzieję, że jeszcze mi się taka przydarzy.

A z ról serialowych co Pan najlepiej wspomina?

– Roli zakochanego w dojrzałej kobiecie Tomka w „Dekalogu” Kieślowskiego serialową nie nazwę, bo to był raczej cykl psychologiczno-moralny niż serial, tyle że zrobiony dla telewizji, ale to było ważne doświadczenie. Szczęśliwie nie zamknęła mnie na długo w typie „młodego nieśmiałego”. Cenię też sobie choćby rolę Romana w serialu „Barwy szczęścia”, z którym byłem związany przez kilka lat czy księdza w serialu „Blondynka”, która jest jednym z licznych dowodów, że udało mi się uniknąć w zawodzie typologicznego zaszufladkowania.

Z Teatru Telewizji, co by Pan wskazał z ważnych dla siebie ról?

– Tu miałem wiele satysfakcji, bo udało mi się zagrać w wielkiej klasyce, choćby Markiza Posę w „Don Karlosie” Schillera, ale najbardziej ekscytującym przeżyciem była dla mnie rola niejakiego Rybaka w „Szalbierzu” Spiro, bo mogłem tam zetknąć się z kunsztem i magiczną osobowością Tadeusza Łomnickiego, który w tym przedstawieniu zagrał Wojciecha Bogusławskiego.

Ma Pan satysfakcję z wyreżyserowania jedenastu filmów?

– Z niektórych większą, z niektórych mniejszą. Generalnie jednak na reżyserowanie nie mam teraz ochoty. Za duży hardkor i niepewność co do wyniku. A skoro pytał pan o bilans, to sporo o moim dotychczasowym życiu i zawodzie zainteresowani będą mogli przeczytać w książce-wywiadzie „Chłopaki niech płaczą”, gdzie szczerze często szczegółowo i mam nadziję, że ciekawie, opowiadam o tym wszystkim.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Lubczyński.