Jerzy Hoffman: czym skorupka za młodu nasiąknie

– Kino wyszło ze straganu, z jarmarcznej budy i jest sztuką masową – mówi reżyser Jerzy Hoffman, bohater „Niedzieli z…” w TVP Kultura (14.08.)

Jerzy Hoffman (fot.TVP)
Jerzy Hoffman (fot.TVP)

Pana wizytówką w ramach „Niedzieli z…” będzie akurat „Znachor” według słynnej powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Jednak zanim zajął się Pan kręceniem filmów fabularnych, przez dwanaście lat robił Pan filmy dokumentalne o bardzo zróżnicowanej tematyce…

– Wtedy to była dość częsty sposób na drogę do fabuły. To mi potem procentowało właśnie w filmie fabularnym, bo nauczyło obserwacji, wrażliwości na szczegół, uczyło realizmu.

Interwencyjny dokument „Uwaga, chuligani” z 1955 roku do dziś bywa powtarzany przez różne telewizje, jako reprezentant tzw. czarnej serii polskiego dokumentu…

– Tak, interwencyjny charakter miał też dokument „Dzieci oskarżają”, pokazujący okropne wynaturzenia życia społecznego, charakterystyczne dla tamtych czasów. Ale robiłem dokumenty, zazwyczaj w duecie z Edwardem Skórzewskim, na różne tematy. O przejawach polskiej religijności, o Zakopanem i Sopocie, które wtedy nazywano zimową i letnia wakacyjna stolica Polski, o Kubie pierwszych lat rządów Castro, ale także o różnych patologiach, wynaturzeniach, śmiesznościach i paradoksach życia w ówczesnej Polsce.

W fabule zadebiutował Pan, w 1962 roku, „Gangsterami i filantropami” składającymi się z dwóch nowel: jedna to komedia kryminalna, druga, to komedia satyryczno-obyczajowa. Następnym Pana filmem był „Prawo i pięść”, a choć jego akcja rozgrywała się w momencie zakończenia II wojny światowej, to jego narrację i styl porównywano do westernu. Ćwiczył się Pan w popularnych gatunkach?

– Poniekąd tak. Dodam tylko, że trzy pierwsze fabuły, także nowelowe „Trzy kroki po ziemi”, zrobiłem z moim wieloletnim współpracownikiem w dokumencie, Edkiem Skórzewskim. W tamtych czasach polskiemu kinu dokuczał deficyt filmów rozrywkowych, komedii, fabuły przygodowej i tak dalej. Poczułem w sobie potrzebę, żeby się tym zająć. Ani w głowie mi było iść w stronę psychologizmu, dramatu społecznego, historiozofii czy nie daj Boże jakiejś dostojewszczyzny. Moja świętej pamięci żona Walentyna, mówiła mi: „Ty nie zrobisz filmu z Dostojewskiego, bo do tego trzeba mieć kompleksy, a ty ich nie masz”. I ja też uważałem, że kino wyszło ze straganu, z jarmarcznej budy i jest sztuką masową.

W 1967 roku nakręcił Pan jeszcze tylko, już bez Skórzewskiego, obyczajową filmową nowelę telewizyjną „Ojciec”, a następnie dokonał Pan brawurowego skoku do głębokiej wody czyli podjął się Pan ekranizacji „Pana Wołodyjowskiego”. O swojej pracy nad filmową „Trylogią” opowiada Pan w trzech książkach o sobie, które się w ostatnich latach ukazały. Nie wszyscy je jednak znają. Jak to było?

– Zacznę od klasycznego tematu: dlaczego zająłem się właśnie „Trylogią”. Kiedy byłem, jako chłopaczek, z rodziną na zesłaniu na Syberii w czasie wojny, „Trylogia” akurat wpadła mi tam w ręce, przeczytałem ją i zakochałem się w niej. I kto wie, czy to nie podświadome jeszcze, kiełkujące marzenie, żeby zrobić z tego film, nie była głównym impulsem do tego, żeby zająć się reżyserią. Druga kwestia klasyczna: dlaczego kręciłem „Trylogię” od końca. Ano, po pierwsze, dlatego, że „Pan Wołodyjowski”, jej część ostatnia, w odróżnieniu od części pierwszej czyli „Ogniem i mieczem” był niekontrowersyjny politycznie, bo nie dotykał drażliwej z punktu widzenia Związku Radzieckiego, polskiej kwestii wschodniej, tematu Ukrainy i innych niecenzuralnych wtedy zagadnień. Po drugie, „Pan Wołodyjowski”, choć wymagał sporych nakładów, to jednak nie aż takich. jakie były niezbędne do realizacji „Potopu” i „Ogniem i mieczem”.

Co Panu zostało w pamięci z realizacji „Pana Wołodyjowskiego”?

– Pamiętam na przykład, że kiedy kręciliśmy w Chęcinach scenę obrony Kamieńca Podolskiego, to pewnego dnia obudziliśmy się bez wojska, bo skierowano je do Czechosłowacji. Pamiętam też rewizje u mnie w domu i nocne przesłuchania na planie, w czasie najtrudniejszych zdjęć. Przeciw mnie próbowano robić strajk ekipy na planie, bo chciano mnie z Polski wyrzucić, bym z moim nazwiskiem nie był autorem najbardziej patriotycznego polskiego filmu. Możliwość dokończenia „Pana Wołodyjowskiego” była dla mnie najważniejsza, tak jak później zrobienie „Potopu”. A wszystko co było po drodze – to jest mniej ważne. Dlatego gdy po sukcesie Pana Wołodyjowskiego zaproponowano mi pracę w rzymskiej wytwórni Cinecitta i realizację „Córki kapitana” według Puszkina albo „Carskiego kuriera” wg Vernego, zrezygnowałem, bo chciałem zrobić „Potop”. Jako Polak z wyboru nigdy nie żałowałem swojej decyzji, ani tej ani późniejszej, po nominacji „Potopu” do Oskara, gdy zaproponowano mi pozostanie w Hollywood.

Czy 47 lat po premierze „Pan Wołodyjowskiego”, 42 lata po premierze „Potopu” i 17 lat po premierze „Ogniem i mieczem” po premierze „Ogniem i mieczem”, ostatniej Pana ekranizacji „Trylogii” czuje Pan w sobie jeszcze powiew Dzikich Pól?

– Nie może być inaczej, bo jak wiadomo, czym skorupka za młodu nasiąknie... Zostałem wychowany na „Trylogii” i na poezji romantycznej. To we mnie tkwi i to nawet nie w świadomości, lecz w podświadomości. Ale same filmy są już poza mną, jako własność powszechna.

Między premierą „Pana Wołodyjowskiego” a „Potopem” było tylko pięć lat przerwy. „Ogniem i mieczem” wszedł na ekrany 25 lat po „Potopie”. Czy dorównał w Pana odczuciu, ekranizacjom „Pana Wołodyjowskiego” i „Potopu?

– Groziło mu przenoszenie, bo powstawał długo i niestety zabrakło pieniędzy, by ukazał pełny wymiar stepu, by wyjechał poza granice Polski i zyskał więcej powietrza, tego powietrza, który miał „Potop”, kręcony na Ukrainie i na Białorusi. Nota bene tego stepu na Ukrainie też już jest niewiele, głównie pod Chersoniem.

Opublikowane jakiś czas temu badania pokazały, że młodzież zna Sienkiewicza raczej z Pana filmów niż z lektury powieści. Co Pan na to?

– Może przyszły takie czasy, że młodzież nie chce już czytać Sienkiewicza lub czytać w ogóle? Nie mniej powtórki ekranizacji „Trylogii” w telewizji, są oglądane przez coraz to nowych młodych ludzi. Może więc chodzi o to, jak tego Sienkiewicza w szkole uczyć, żeby go nie zamordować. Wiem coś o tym, bo chodziłem do kilku szkół. Po wywózce na Syberię literatury rosyjskiej uczyli mnie wspaniali nauczyciele, tak, że pokochałem ją na całe życie. Wielką polską poezję romantyczną nauczyła mnie kochać moja matka. Po dzień dzisiejszy znam na pamięć całe wielkie fragmenty „Pana Tadeusza”, „Konrada Wallenroda”, „Grażyny”, „Beniowskiego, Kordiana”, „Księcia Niezłomnego”. Literatury nie wolno uczyć rozkładając ją na części składowe jak przy rozbiorze anatomicznym, odbierając jej tajemniczość i czar.

Klasyką z ponad stuletnim rodowodem jest słynny spór o Sienkiewicza. Zarzucano brak walorów intelektualnych w jego prozie, społeczne wstecznictwo, konserwatyzm, apologię najgorszych cech szlachetczyzny. Jak Pan się na to, jako ekranizator Sienkiewicza, zapatrywał i zapatruje?

– Nie rozumiem sensu tego sporu. Czy we Francji był podobny spór o twórczość Aleksandra Dumasa? Nie przypominam sobie. Sienkiewiczowi wielu nie mogło darować kolosalnej poczytności i krew ich z tego powodu zalewała. A wracając do pochwały szlachty u Sienkiewicza. No cóż, nasza kultura jest w swoich korzeniach szlachecka, w odróżnieniu np. od kultury czeskiej, mieszczańsko-chłopskiej, bo ich szlachta wyginęła pod Białą Górą. Nie mnie sądzić, która jest lepsza. Nasza jest taka, jaka jest. Polska arystokracja ma zarówno karty chlubne i nazwiska wielkie jak i błędy oraz przeogromne przestępstwa, zdrady i przekupstwa za pieniądze z Petersburga, Berlina, Wiednia i Paryża.

Nie czekając bezczynnie na możliwość realizacji „Ogniem i mieczem” nakręcił Pan melodramaty: „Trędowatą”, „Piękną nieznajomą”, dwa filmy wojenne, „Do krwi ostatniej” i „Wedle wyroków twoich” oraz „Stara baśń” według powieści Kraszewskiego. No i oczywiście „Znachora”. Dlaczego wybrał Pan tę powieść do ekranizacji?

– Chciałem widza przede wszystkim zajmować, bawić i wzruszać malowniczymi opowieściami. „Znachor” w swojej szlachetnej prostocie nadawał się do tego wspaniale. Stanie Pan jeszcze za kamerą? – Już nie zamierzam. Za duży wysiłek jak na moje lata. Swoje już zrobiłem. Dobrze mi w moich Sikorach Juskich na Mazurach, gdzie jednocześnie suto przyjmuję przyjaciół i bezskutecznie próbuję się odchudzać.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Lubczyński