Piąty dzień festiwalu: „Ida”. Ten film trzeba zobaczyć!

Piątego dnia festiwalu postanowiliśmy wybrać się na film, co do którego mieliśmy duże oczekiwania. Nie zawiedliśmy się. „Ida” to jeden z najbardziej konsekwentnych polskich filmów ostatnich czasów i zaryzykujmy – najlepszy film Konkursu Międzynarodowego 29. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

"Ida" startuje w Konkursie Międzynarodowym 29. WFF (fot. materiały promocyjne)

Ida, mieszkająca w zakonie sierota, tuż przed złożeniem ślubów dowiaduje się o istnieniu ciotki i zgodnie z zaleceniami siostry przełożonej postanawia się z nią zobaczyć. Wanda Gruz początkowo z niechęcią przyjmuje siostrzenicę, lecz szybko zdaje sobie sprawę, że jej wizyta nie jest przypadkowa. Razem wyruszają w podróż, która dla młodziutkiej Idy będzie pierwszym kontaktem z „rzeczywistym” światem, z dala od murów klasztoru, a dla Wandy, ideowej komunistki - próbą zmierzenia się z bolesną historią. Bohaterki filmu trafią do wioski, w której mieszkała rodzina Idy, a nieświadoma pochodzenia dziewczyna odkryje swoje żydowskie korzenie.

Agata Kulesza za rolę Wandy słusznie została nagrodzona na Festiwalu w Gdyni. Stworzyła wielowymiarową postać prokurator, ideowej komunistki, która próbuje zapomnieć o przeszłości. Początkowo dochodzi do konfrontacji bohaterek, która z czasem przeradza się w pewnego rodzaju fascynację. Młodziutka Ida pod względem fizycznym przypomina Wandzie własną siostrę, ale również imponuje jej swoją duchową czystością, nieskażoną „prawdziwym” życiem, które pani prokurator wielokrotnie dało w kość. W trochę innej sytuacji była Agata Trzebuchowska, niedoświadczona młoda aktorka, którą reżyserowi podsunęła Małgorzata Szumowska. Rola małomównej, zamkniętej w sobie Idy była z pewnością pewnym ograniczeniem pod względem aktorskim. Dziewczyna wypadła jednak świetnie.

Jak przyznał reżyser Paweł Pawlikowski, minimalizm obrazu nie jest przypadkowy.  Oszczędna forma, statyczne kadry i długie ujęcia tworzą kameralny, magiczny klimat. Czarno-biały film nakręcono w dawniej używanym standardzie 4:3, a ciasne i zimne mury zakonu przypominają te z „Matki Joanny od aniołów” Kawalerowicza. Współcześnie w polskim kinie ciężko znaleźć film, który byłby zrobiony z taką konsekwencją. Estetyczny umiar nie są jedynie fanaberią reżysera, który ulega światowym trendom, ale świadomą decyzją artystyczną. Wyborem młodej, niedoświadczonej aktorki Pawlikowski wiele ryzykował. Paradoksalnie to zarazem pomogło w stworzeniu autentycznej, wyobcowanej postaci.

Całość tworzy piękny, momentami bolesny obraz.  Pod względem wizualnym „Ida” przypomina statyczną fotografię. W ostatniej scenie po raz pierwszy widz zauważa drżenie kamer. Dlaczego? Ruch jest tu metaforą przemiany.

Co się zmieniło w życiu skromnej dziewczyny z klasztoru? Warto to sprawdzić w kinie.

PM

Zobacz rozmowę z operatorem filmu „Ida”, Łukaszem Żalem w „Weekendowym Magazynie Filmowym”.